piątek, 4 stycznia 2013

Zołza Założycielka i nadciągająca irytacja zakończona przytupem


I co tu udawać? Matki doznają nieraz i nie dwa szału. Szał objawia się totalnym wrzaskiem i chęcią uduszenia potomstwa. Potomstwo też wrzeszczy. Im bardziej wrzeszczy matka, tym potomstwo zachowuje się gorzej. Do niczego to nie prowadzi. Wiadomo. I co z tego? Doświadczenie jest potrzebne i raz na jakiś czas warto na siebie nawrzeszczeć. Nie, że trzeba, tak bez powodu. Nic z tych rzeczy i nie łapcie mnie za słówka. Tylko po prostu, jak się matka wkurzy, niech powrzeszczy. Głuchoty u potomstwa nie spowoduje raczej, a jej przejdzie. Bo przechodzi potem właściwie od ręki. I znowu się można przytulać i ucałować i posprzątać na przykład to, co było powodem wrzasku matki. I nie wierzę, że Wy nie wrzeszczycie – nie ma świętych, no nie ma. Wszystkie są Zołzowate, tylko niektóre udają. Te co na co dzień, eko, niedoskonałe, różowe, power, bliskości, chustowe, wózkowe, na emigracji.. no wszystkie czasem wyłażą z siebie i stają obok.

Ja dziś wyszłam. Jak stałam obok, to wrzeszczałam, jak wróciłam na swoje miejsce, ukochałam. I dalej żyjemy. Praca w domu wymaga czasem zajęcia pozycji z boku.

Książkę by o tym napisać, co?

wtorek, 1 stycznia 2013

Sernik z pierogami


Polecane rozłącznie jednak, z uwagi na szacunek do organów wewnętrznych, ewentualnie najpierw jedno, potem drugie.

Zaczynamy od sernika, bo łatwiejszy. Bierzemy 6 jajek na podorędzie, herbatniki digestive, 600 gr serka śmietankowego, ekstrakt waniliowy i sok z cytryny oraz masło i cukier.
 Z herbatników robimy jesień średniowiecza, tłukąc je zamaszyście. Następnie dodajemy do nich ze trzy łyżki miękkiego masła i robimy na jedną masę, którą tapetujemy tortownicę, ubijając ciasno. Tortownica 20 cm średnicy, ja od wewnątrz wykładam folią aluminiową, to się przydaje. Tych ciastek to tak paczka lub ciut mniej. Odstawiamy na jakieś 1,5 godziny.
Serek rozbełtujemy mikserem, dodajemy ¾ szklanki cukru, rozbełtujemy dalej, następnie po jednym z trzech jaj i po jednym żółtku z trzech pozostałych. Białka z trzech jaj wykorzystujemy inaczej, ale nie do tego sernika. Międlimy mikserem, międlimy i dodajemy łyżeczkę ekstraktu z wanilii i łyżeczkę soku z cytryny. Kończymy pracę na obrotach. Bierzemy schłodzoną tortownicę, owijamy szczelnie folią aluminiowa z zewnątrz, wlewamy masę i wkładamy do brytfanny napełnionej do połowy wrzątkiem – uskuteczniamy pieczenie w kąpieli wodnej przez godzinę na 180 stopni. Na ostatnie 10 minut na piekący się sernik wlewamy zwykłą śmietanę – jakieś 100 ml rozbełtaną z łychą cukru i ekstraktu waniliowego. To się z tą śmietaną na wierzchu jeszcze trochę piecze. Wystawiamy, wyjmujemy z kąpieli wodnej, odwijamy przemoczoną folię. Czekamy aż ostygnie. Do lodówki, a potem z lodówki wyjadamy. Przepis Nigelli Lawson. Proste i pyszne. Godzilla zżera od razu ze trzy kawałki. (Godzilla to moje dziecko starsze).

Jak zrobiony sernik, to pierogów nam się już nie chce robić. Ale jakby jednak, to przepis jest z grubasów na motorach, z Kuchni.tv, tylko nie trzeba go tak co do grama uskuteczniać i oliwki mogą być zwykłe i papryka innego koloru – co kto ma.

sobota, 29 grudnia 2012

Zołza Założycielka przed Sylwestrem poleca


Prawdopodobnie potrzebuje pomocy psychiatry. Jej stan psychiczny jest chwiejny i zagraża otoczeniu. Otóż Zołza znudziła się odpoczywaniem świątecznym tak dalece, że zaraz po świętach znalazła sobie, i co gorzej domownikom, liczne zajęcia. Związane ze stolarstwem, mniej więcej, no może ze skręcaniem mebli będzie precyzyjniej... Groziło to rozpadem małżeństwa Zołzy, ale jakoś się udało. Największy kryzys był przy napełnianiu tego, co zostało skręcone, bo tego już nikt – oprócz Zołzy – nie wytrzymał. Dziecko Zołzy (Godzilla starsza), oznajmiło z pogardą, że matka mu znowu porządek robi i nic nie będzie można znaleźć. A jakby Zołzie tego było za mało. Wzięła się za przygotowanie 12 potraw… sylwestrowych, bo wigilijne się zjadły. Cały dzień w kuchni nie osłabił jednak jej werwy, wzięła się za prasowanie. Po dwóch godzinach z żelazkiem, kiedy to mąż Zołzy miał już nadzieję, że wreszcie baba odpuści i pójdzie spać… ta się zabrała za pisanie.

NUDNE te święta, za długie!

A Zołza ma fajny przepis na argentyńskie pierożki z wołowiną – doskonałe na Sylwestra, bo mogą być jako zimna przekąska. Robi się je długo i trudno, ale jakbyście chciały – się podzielę, przepisem, nie pierożkami! Przepis jest z Kuchni.TV, ale wymaga jednak dostosowania drobnego do warunków klimatycznych w naszej strefie czasowej.
Poza tym mam też doskonały przepis na prosty sernik, który się piecze w kąpieli wodnej, jakby któraś chciała zabłysnąć, polecam.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Hurtem

Obskakuje Zołza Założycielka blogi, korzystając z chwilowej ciszy powigilijnej. To i tu napiszę.

Wesołych Świąt!

Przygotowania do świąt zakończone sukcesem. Wszystko przygotowane. Wigilia udana. Prezenty dostarczone, dzieci zadowolone i reszta też. Tak trzymać, choć to wyczerpujące, to satysfakcja gwarantowana. Siła jest kobietą, to znaczy Zołzą, bo 48 godzin gotowania i sprzątania to jednak jest coś.

Do miłego!

środa, 12 grudnia 2012

Zołza Założycielka i chwila z piernikami

Nienawidzę pierników. Ich zapach wdziera się w moje zołzowate nozdrza i wywraca mi mózg. Do cna. Ale obiecałam Wam przepis, taki, który jeszcze da się zrobić i wyjdą.
Weźcie sobie Zołzy mąkę – tak ponad pół kilo – 60 dkg, miód – ze 20 dkg, jajko, cukier – mniej niż szklanka, mleko i przyprawa do pierników i płaska łyżeczka sody. Przyprawa może być zrobiona samodzielnie. Mnie tam wszystko jedno. I tak, jak robię, to z zatkanym nosem.
A i masło, taki skobek przyzwoity.
Masło, miód i cukier do rondla, zagrzać. Ostudzić, ale nie do cna, będzie sztywne. Za sztywne. Trzeba to połączyć z jajkiem i mąką – najlepiej nie w tym rondlu, bo będzie ciężko. Lepiej wziąć większe naczynie, mąż potem posprząta – żeby miał swój udział w piernikach. Trzeba to wyrobić i jeszcze dodać te trochę mleka, żeby w ogóle dało się wyrobić. Klejaszcze trochę będzie, ale luz – poklei się, poklei i przestanie. Do lodówki – to się musi schłodzić. A jak się spieszycie, to do zamrażalki, na krócej niż do lodówki. Albo na balkon – w końcu mróz trzyma, tak? Po odpowiednim schłodzeniu wyciągamy i właściwie, znowu możemy wykorzystać partnera, względnie męża, kogokolwiek. Kroimy kawałek, reszta do lodówki. Kawałek na stolnicę, blat albo co płaskiego (byle nie podłoga) i wałkiem atakujemy. Na płask. Chudo raczej. Grubo będzie potem nieładne. Rozwałkowane? To wycinamy gwiazdeczki, serduszka, ludziki. U nas tradycja jest, że się wycina samochody, rowery, kwadraty, misie i rekiny. Rekiny wychodzą nam świetnie.

Pieczemy po jakieś 15 minut na partię, to niezła zabawa i szybko z kuchni nie wyjdziecie. O nie! A jak jeszcze zaangażujecie w to dzieci, to zajęcie jest na pół dnia. Drugie pół dnia zeskrobujecie ze ścian i blatów resztki ciasta. Klejaszczego, a jakże. A potem jeszcze to trzeba ozdobić. Jak jesteście porządnickie, to oczywiście zrobicie lukier własnoręcznie, ale sklepowe rozwiązania są niezgorsze i można sobie życie ułatwić. I te posypki różne na to.
A jak chcecie to jeść na święta (ja nie jadłam nigdy, tylko na choinkę lądowały), to musicie potrzymać ze dwa-trzy dni w otwartych pudełkach. Wilgoci potrzebuje. Jak na szybko, bo zrobicie tuż przed Wigilią, to zawsze można w łazience potrzymać – chyba?… No nie wiem, ale tam wilgoci więcej.

A mówiłam, że nie cierpię pierników. Nienawidzę!

Dlatego od dwóch lat pierniki skutecznie zastępuję ciastkami kruchymi, które też da się wycinać i nie trzeba do nich na szczęście dodawać tych paskudnych „aromatycznych” przypraw (powstrzymałam się od epitetów!).
Ciastka kruche są prostsze. Też są z mąki, jajka, cukru i masła. Ale bez miodu, to taniej wyjdą. Masło – duża kostka, 250 gramów, 120 g cukru, 370 mąki i jedno jajo. Zagnieść jak kruche, nie za długo wyrabiać. A kruche wiadomo – masło wcieramy w mąkę z cukrem, do tego jajko i jak trzeba, to można sobie pomóc odrobiną wody. Do lodówki. Pieczemy na 160 stopni, po wcześniejszym rozwałkowaniu i powycinaniu rekinków. Rekinki ja osobiście planuję zapakować w takie ładne pudełeczka (kupiłam po 8 zł w bardzo fajnym sklepie) i dać teściowej. Jedno pudełeczko znaczy. Serduszka i gwiazdeczki popakuję dla pozostałych babć. Ale będzie śmiesznie.

Lukrowanie i ozdabianie jak przy pierniczkach, burdel w kuchni ten sam. Ale co tam, święta są w końcu.

PS. Jak Wam nie wyjdą ani pierniczki, ani ciasteczka, to pretensje miejcie do siebie, a nie do moich przepisów. Mnie wychodzą.

czwartek, 6 grudnia 2012

Głupie pierniki, głupie

Matka, będąca Zołzą Założycielką, osiągnęła stan dziwny, określany jako przemęczenie. Musi stan ten wnikliwie przeanalizować, celem udostępnienia Wam wiedzy na ten temat, choć zapewne na ten temat wiecie same dużo. No ale, ku przestrodze, na przykład. Raczej nie ku zachęcie, bo to do diabła niepodobne, żeby się tak zszargać, że własne dzieci wk…rzają. Uroki pracy. Inna strona pracy, ciemna strona pracy.

Świąt nie będzie, odwołuję! I nie znoszę pierniczków. Zapach przypraw mnie osłabia. Lubię ciastka maślane. A i mam przepis na te głupie pierniki taki, że się da zrobić i tydzień przed świętami. Jak która chce, to napiszę, albo i nie napiszę. ZOŁZA.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Usprawiedliwienie

Zołza ma chwilowo za dużo na głowie, co tłumaczy jej rzadkie tu wpisy. Ale poczekajcie, jeszcze Was zarzucę treścią. A teraz muszę iść śledzić Piechocińskiego... No tak, taki los, co zrobić. Zołza komentuje znowu, to musi wiedzieć, co się dzieje. A najbardziej to musi znaleźć jakiś ciuch do tego, żeby przyzwoicie wyglądać podczas tego komentwania. I właściwie, to jest główna rzecz, która Zołzę teraz zaprząta. Głupia baba taka, nie? NIE MAM W CO SIĘ UBRAĆ!

wtorek, 27 listopada 2012

Zołza Założycielka i status update. Krótki kurs zarządzania czasem oraz listą priorytetów


Status update lub przegląd rzeczy ważnych w celu uaktualnienia listy priorytetów i poukładania tejże, zanim nastąpi chaos. O ile już nie nastąpił. Tak to się dzieje z matkami, które stały się z niepracujących, pracujące. Przy czym, proszę zauważyć, że nadal nie używam określenia zarabiające… no cóż kokosy widocznie zimą nie spadają, ale kozaczki sobie kupiłam za te pieniądze, co zarobiłam. W związku z tym jestem jednak niezmiernie szczęśliwa. Nie, nie dlatego, że mam kozaczki, choć też, ale, że zajęta taka jestem jednak fajnie. Istnieje jednak obawa, ze się nie ogarnę. Żeby było śmieszniej – tu pauza i oczekujecie w napięciu, co dalej – uczę innych na szkoleniu zarządzania czasem. Proszę, mistrzyni zarządzania czasem i planowania czynności – sama siebie daje za wzór. Antywzór.

Lista rzeczy pisanych:
- blogi 2, a w zasadzie trzy
- strony na Facebooku - trzy
- nowe coś, co się tworzy
- SEO
- książka
- SEO poprawiam po innych
- prezentacja
- zwolnienie do szkoły z jedzenia zupy szczawiowej dla syna
- sztuka na konkurs albo do szuflady
- lista zakupów na sobotę
- liczne maile w sprawach
- komentarze pod postami

Inne listy, nie do pisania:
- 1 mąż – nie wymaga uaktualniania,
- dwie Godzille – stale wymagają uaktualniania, inaczej przestanę za nimi nadążać i się pogrążę,
- dwa kilo kartofli kupić,
- ciasto zrobić na takie pierogi na święta, z dynią,
- dynie kupić,
- zeszyt do polskiego się skończył,
- Mikołajki,
- zapłacić wreszcie za zdjęcia klasowe i sprawdzić się jako matka klasowy windykator,
- odpisać na zaproszenie na imprezę, nie wymyślając tysiąca powodów, żeby nie pójść,
- pójść na te imprezę,
- znaleźć prawo jazdy, bo zdaje się, że od dłuższego czasu jeżdżę bez… ale chciałabym je mieć z powrotem, naprawdę,
- powinnam posprzątać i poprasować, ale…,
- wyprać koszule męża przed delegacją, bo znowu będzie problem. Albo kazać mu nową kupić,
- kredki się połamały, mamo, i blok techniczny miałaś kupić, a nie taki do rysowania. No pomyłka, wiem,
- ze spodni wyrósł starszy, a w niewyrośniętych są już dziury na kolanach,
- strój Mikołaja,
- sprawdzić konto, nie klasowe… albo nie. To nie ma sensu,
- mydło do rąk się kończy i Godzilli pasta do zębów,
- krem do twarzy mojej skończył się już 2 miesiące temu,
- za konia zapłacić,
- za muzykę zapłacić,
- pomyśleć o świętach. O to w zasadzie już odhaczam, pomyślane,
- pomyśleć konstruktywnie o świętach,
- lekcje sprawdzić starszemu,
- młodsze wymaga fryzjera,
- narzuta wymaga prania,
- trzeba dywanik wymienić…

Jak poukładam alfabetycznie, to chyba wystarczy tego zarządzania, nie?



Czy to jest chaos? Nie, tylko doba za krótka, bo jakbym tak jednego dnia mogła poodhaczać, to byłoby jednak przejrzyściej. A tak, muszę sobie dzielić. Te do pisania i te do nie-pisania. Te do pisania upycham po trzech rożnych zeszytach, a następnie w pliki tekstowe za pośrednictwem klawiatury. Nie wymaga to dużego nakładu czynności. Tylko rękoma postukać. Te pozostałe wymagają już większej logistyki. Czy ktoś kiedyś zrobił zestawienie, o ilu rzeczach musi pamiętać przeciętna kobieta, a nawet matka w porównaniu z przeciętnym mężczyzną? Nie? To najwyższy czas, koledzy naukowcy z właściwej dziadziny.

Dlatego w krzyżówkach jesteśmy lepsze…na starość. Taaa, siła jest kobietą.. No jest.

wtorek, 20 listopada 2012

Zołza Założycielka pisze do Mikołaja


Nie wierzy w jego istnienie, ale trend jest taki, żeby pisać. Jak nie napisze, to może by coś niedajboże straciła, jak napisze, to przynajmniej przeczytacie.
                                                                                   Warszawa, 20 listopada 2012 r.

Szanowny Mikołaju,

Wybacz, że pomijam tytuł, żeś święty, ale jesteś już tak komercyjny, że chyba Ci to nie przeszkadza. Prawda? Niemniej jednak zważ na moją prośbę i żeby ona nie zniknęła w tej Twojej korespondencji, jak moje CV swego czasu rozsyłane po różnych instytucjach. W każdym razie – poproszę tylko o dodatkową głowę i jedną parę rąk. Reszta mi wystarczy. Wiem, że to nieco popsuje moją sylwetkę, ale jest mi wszystko jedno. Wygląd nie jest najważniejszy. Zresztą, jakby to dodatkowe wyposażenie było na suwak, to byłoby jeszcze lepiej. Jak się nie da na suwak, nie szkodzi. Przyda się na stałe. Mąż się przyzwyczai. Dzieciom jest raczej wszystko jedno. Trzeba sobie ułatwiać życie? Wiesz, nie proszę Cię o żadne zbytki, tylko o prezent praktyczny i zupełnie użyteczny. Społecznie potrzebny. Ja wiem, że Ty komercyjnie, ale wiesz, teraz takie czasy, że jednak trzeba wrócić do pewnych wartości. Nawet na rynku one nabierają znaczenia. Przemyśl to.

Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę wszystkiego dobrego (Rusinek by miał zastrzeżenia, ale my się już tyle lat znamy Mikołaju, że mogę do Ciebie tak…)

Zołza Założycielka

PS. Możesz mi też podrzucić praktycznie jakiś banknot, wykorzystam na dzieci, bo zamówiły tableta (u mnie, bo w Ciebie już nie wierzą… widzisz do czego prowadzi nadmierna komercjalizacja… i przesada w promocjach).

niedziela, 18 listopada 2012

Zołza Założycielka planuje zawczasu


W tym roku ogarnąć Święta bez zmęczenia. Nie ugotować za dużo. Nie napiec za wiele. Spędzić więcej czasu w sypialni a mniej w kuchni. Lista rzeczy, które można zrobić wcześniej.
1. Kupić prezenty. Tylko dzieciom. Mikołaj ma mały budżet. Nic na to nie poradzi. Flaki wypruwa, ale cięcia muszą być.
2. Dla pozostałych członków rodziny należy wymyślić prezenty bezkosztowe. Zgodnie z trendem slow life albo jakimkolwiek trendem, który tu pasuje. W związku z tym trend należy w rodzinie rozpropagować również zawczasu. Dobry PR, uświadomienie potrzeb i mamy klienta w sieci, gołąbka w garści i kanarka w klatce. Albo jakoś tak.
3. Prezenty bezkosztowe wymagają nakładów czasowych i przygotowania. Na początek analiza SWOT. Mocne strony – umiem pisać, umiem upiec ciastka i dżem pomidorowy zrobię. Słabe strony – nie umiem ozdabiać ciastek, pomidory się nie nadają już na dżem, a inne owoce jakoś tak też. Nie ta pora roku, trzeba było myśleć wcześniej. Zagrożenia – nie zdążę napisać dla wszystkich i co mogę napisać? Szanse – jak wmanewruję w pisanie dzieci, to może będzie przyjemne z pożytecznym. I męża w te ciastka. Dzieci mogą też zaśpiewać w prezencie. Trzeba wspierać młode talenty.
4. Harmonogram. Planowanie to podstawa. Listopad, jak przyjdzie pensja od razu kupić dzieciom prezenty, bo potem zabraknie. Nie prezentów, kasy. Kupić 3 kilo mąki i cukru też zawczasu. Potem tłumy.
5. Żeby śnieg spadł, to okna mogą być brudne.
6. Tydzień przed świętami posprzątać mieszkanie i w Wigilię rano też.
7. Powiedzieć Mamie, że robi najlepszy barszcz na świecie. Jak również śledzia, uszka i kapustę czerwoną. Z resztą sobie poradzę.
8. Polubić święta szczerze co najmniej miesiąc wcześniej, by uniknąć niepotrzebnych zgrzytów. Zgłosić się do lekarza po antydepresanty albo zapewnić coś na znieczulenie. Mąż kupi.
9. Choinka ważna rzecz, pamiętać, by nie zrobić tak, jak w zeszłym roku i dwa lata wcześniej i trzy…żeby wcześniej niż 23 grudnia wieczorem.
10. Nie zgłaszać się w szkole na żadne imprezy. Najlepiej udawać, że się ma posiedzenia zarządu od rana do nocy i nie odbierać telefonów.

Powinno się udać. Może będzie bezboleśnie. Lubię święta, ale ich nie lubię. Rozumiecie?

poniedziałek, 12 listopada 2012

Wózkowa Zołza i nowa jakość


Mówiłam Wam Zołzy – będzie nowe i idzie nowe. Trzeba czytać teraz i to http://grupadesantowa.blogspot.com

Oczywiście, obiecuje, będę dla Was specjalnie smarować też tu jako Zołza Założycielka. Ale teraz Zołz jest więcej i musicie podzielić Waszą uwagę na więcej tekstów. Cóż, nikt nie mówił, że tu będzie łatwo. Czytać trzeba, dyskutować i doceniać różnorodność. Nowe idzie, idzie nowe. Czytajcie, a się dowiecie.

Teraz Zołz jest..9. Dziewięć (słownie). Wyobrażacie sobie – dziewięć punktów widzenia, posty będą szły jeden za drugim. Przygotujcie się, uprzedzam. W końcu kobiety, matki, tudzież Zołzy są gotowe na dużo większy wysiłek intelektualny niż się co poniektórym wydaje. Nie dajmy sobie wmówić, że nas tylko dzieci interesują, zupki, kupki. Nas wszystko interesuje i o wszystkim możemy rozmawiać, pisać, czytać. Gotowe? To jedziemy!

PS. Prawy kciuk będzie ewentualnie potrzebny do obsługi myszy, najeżdżamy, klikamy, czytamy, komentujemy.

sobota, 10 listopada 2012

Oda do Kurzu

O kurzu paskudny, ty szara istoto. Ile cię trzeba ścierać, ten tylko się dowie, kto zaczął. Niniejszym kończę cykl o sprzątaniu, sprzątania nie kończę. Jak Syzyf ze ścierą latam. 12 prac. Tyle, że jakoś bez Herkulesa. A piorunami ciskam wytrawniej niż Zeus. No Matka Polka, Zołza Sprzątająca. Nowa paczka chusteczek nawilżanych do kurzu rozpoczęta.

A Wy sprzątacie dziś? W jakie dni Zołzy sprzątacie? Bo ja od lat nie mogę się zdecydować i męczę rodzinę codziennie.     

Zołza Założycielka oznajmia

Rozwody czasem są doskonałym rozwiązaniem w sytuacji zwłaszcza, gdy współpraca układa się co najmniej niedoskonale. Pomysł był dobry, zamiary również i spory wkład pracy wart był grzechu. Niedoskonały układ jednak trzeba stanowczo przeciąć.
Informuję, że nie firmuję już nazwiskiem Niedoskonałejmamy.pl
Idzie nowe, nie powiem Wam, co, czytajcie, a się doczytacie. W każdym razie wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pracy przybywa, Godzille zdrowe.

Miłego weekendu!

PS. Będzie jeszcze pean o kurzu, nie mogłam sie powstrzymać!

środa, 7 listopada 2012

Zołza Założycielka, żelazko i kwestia komunikacji


Pierwsze wrażenie jest decydujące dla naszego postrzegania. Główna zasada komunikacji, autoprezentacji, PR-u itd. – od tego, jakie będziesz miał/ miała wejście zależy cała reszta. Jak zrobisz złe wrażenie, to potem już mogiła. Nie odkręcisz. Nawet, jak na głowie staniesz. A jak staniesz, to jeszcze gorzej. Tacy są ludzie. Trzeba się wznieść na wyżyny otwartości, by zmienić swoje podejście i dać drugą szansę temu, co na nas wywarł pierwsze złe wrażenie. Ale po co tak inwestować w te relacje, męczące to może być i jeszcze się może człowiek narazić na jakieś nieprzyjemności. Jakiś schemat by mu poleciał, stereotyp się zszargał. Nie trzeba, to tylko kłopot. Bo na miejsce zszarganego, trzeba natychmiast nowy znaleźć, by pozostać skąpcem poznawczym w błogim poczuciu samozadowolenia.

W związku z tym wystarczy prasować rzeczy tylko od frontu i te części, które wystają – kołnierzyki i mankiety. Teraz zimno, to na koszulę sweterek. Na bluzkę żakiecik. Od frontu, bo od tyłu nie ma jak zrobić dobrego wrażenia. No chyba, że się gdzieś od dupy strony pchamy, to front pozostawiamy niewyprasowany.

Górę prasowania pokonałam tym sposobem nieco szybciej i sprawniej.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Wózkowa Zołza i strategia na kurz

Poradnik bądź jak kto woli nieporadnik kobiety łączącej (różne wykonywane prace).

Weekend długi, sprzyjał podjęciu prac nieco zaniedbanych, które spadły z listy priorytetów, gdyż priorytetem okazała się praca, ta inna praca niż domowa. Ale w tym wszystkim przecież chodzi o to, by jedno z drugim umiejętnie łączyć. To się wzięłam, zwłaszcza, że koty szare pospolite łypały znacząco. Dłużej nie można było udawać, że ich nie ma. Trzeba było te meble poodsuwać i zrobić gruntownie, a nie tak po łebkach, jak co dzień. Kocich łebkach, kocich.

Strategia na kurz poniżej, pogrupowana dla wygody w zestaw niezbędnych czynności. Okien nie uwzględniam, bo mam dachowe, co oznacza, że jak umyję to przez godzinę są czyste, a potem już nie. Dla godziny radości nie będę myła. W nosie. W kwestii tarasu, który pokrył się dziwnie brudną szarością też nic nie zrobię, poczekam na wiosnę, bo teraz zimno, więc i tak nikt nie wychodzi. A na święta może śnieg spadnie, to przykryje i po bólu.

Czynność pierwsza, na którą składa się szereg podczynności:
- zbiórka makulatury – po kątach. Gazety głównie. Mimo kryzysu czytelnictwo prasy jednak nie spada, tylko prasa jest przynoszona z pracy. Mąż przynosi, nie szkodzi, że już nie pierwszej świeżości (prasa, nie mąż), czytać się da.
- zbiórka szkła, plastiku, złomu – głównie z dziecięcych zabawek. Szkło znosi mąż, choć twierdzi, że zwrotne, to od ponad roku nie oddał. Zasili kosz na recycling. Właściwa segregacja odpadów to podstawa. Żyjmy eko, nie?
- zbiórka ubrań – za małe (jednak Godzille rosną jak opętane) – do wora i do piwnicy, względnie dla okolicznych mniejszych dzieci, jak są pod ręką. Reszta do podziału na kategorie: bardzo brudne, brudne, mniej brudne i znośne. Kategoria pierwsza i druga zasilają kosz na brudy, względnie od razu pralkę – w odpowiednich zestawach kolorystycznych. Przynajmniej się staram utrzymywać tonacje. Przyznaję, że czasem mi się mieszają te palety barw jednak. Jakoś zawsze coś białego trafia z ciemnymi. Widać u mnie biel ma różne odcienie szarości, jak to w życiu. Mniej brudne są odkładane na stertkę do donoszenia. Z reguły, ta stertka po osiągnięciu rozmiarów Kilimandżaro, ląduje też w koszu na brudy. Znośne – do szafek.

Czynność druga:
- szorowanie kuchni. Kuchenka (i taka szybka nad nią) najgorzej. Szybka była moim błędem strategicznym, przyznaję. Ale skąd ja mogłam wiedzieć, że to g… się nie daje doczyścić i tak się po tym marze? Nie było ostrzeżeń na etykiecie. Szafki i blaty oraz lodówka – ale tylko z zewnątrz. W środku przecież nie widać i trzeba zresztą szybko zamykać, żeby prąd oszczędzać i żeby chłodek nie wylatywał. To niby jak tam ścierą machać?

Czynność trzecia:
- segregowanie zabawek – to tak ze 3-4 godziny lekką ręką. Zasadniczo można sobie ten etap darować, bo po godzinie od posegregowania i rozdzielenia malutkich elementów Lego od malutkich elementów Playmobila oraz od puzzli 1000-elementowych i kulek szklanych i powyciąganiu z samochodzików napchanych tam śmieci i po założeniu oponek na te samochodziki i po poukładaniu książeczek i po ułożeniu zeszycików starszego i po poukładaniu płyt… można zaczynać od początku. Najlepiej mieć jedno duże pudlo i tam wrzucać jak leci – jak będą chcieli, to sobie wygrzebią.

Czynność czwarta:
- ścieranie kurzu po pokojach. I mam do tego takiego nowego przyjaciela. Lubimy się teraz tak samo jak z mopem. Takie ściereczki nawilżane. Ja wiem, że to nieekonomicznie, ale mnie już szlag trafiał na pranie tych ścierek normalnych, z których niezależnie od jakości i tak się pyliło. W każdym razie teraz trzeba tylko uważać, żeby nie pomylić tych z tymi od pupy, bo pakują tak samo. Godzilla już ma antystatyczny na kurz tyłeczek, szkoda, że na g… nie, bo akurat kurz mu pod pieluchą nie przywiera. Mniejsza z tym zresztą, co mu i jak. O ściereczkach miało być. Nieekologicznych, nieekonomicznych, ale ułatwiających życie.

Czynność piąta:
- trzepanie narzut i innych kocy, poduszek, itd. Z tym to jednak najlepiej starego wysłać. Jak się mu powie, że to dla jego zdrowia, to poleci i potrzepie. Najczęściej jednak okazuje się, że nie ma co trzepać, trzeba prać. Wtarte resztki pokarmowe schodzą tylko przy prędkości 1000 obrotów na minutę. Średnio raz na tydzień powinnam im to fundować, ale po paru miesiącach, nie byłoby co rozkładać. W związku z tym, stary trzepie, a wtarte resztki pokarmowe Godzille wyskrobują pazurkami, jak są bardzo głodne i nie mogą się doczekać obiadu. Właściwie ma to swoje dobre strony. Ta higiena w nadmiarze nie służy tej ekonomii – tym bardziej.
Można do tego jeszcze za jednym zamachem pościel wymienić. W pralce już i tak korek, co za różnica. Tylko kontener trzeba zainstalować zamiast dotychczasowego kosza na brudy.

Czynność szósta:
- sprzątanie łazienki. No tu to się trzeba namachać. I żadna tam ekologia, przyzwoita chemia się leje. A tak w ogóle, to kiedyś znajomy opowiadał, że jak kupił do campera środki czystości eko, to się jeździć nie dało z powodu smrodu. Eko nie czyści, albo czyści inaczej. Nie wiem, nie próbowałam, bo eko kosztuje, a jednak w kwestii płynu do toalet pozostanę eko... nomiczna. Że to dla przyszłych pokoleń? No bądźmy realistkami, która myśli o przyszłych pokoleniach usuwając kamień z wanny? Ja myślę tylko dosadnie, próbując sobie udowodnić, że to machanie ma sens i że to, że to ja akurat macham, a stary jak zwykle nie – też ma jakiś głębszy sens. Niby jak mu powiem, żeby pomachał, pomacha, ale jak on macha, to ja muszę pomachać, żeby poprawić. Nadążacie? To już wolę sama. Generalnie, takie fitness ze ścierą. Raz i dwa – kafelki nad wanną – stretching, wanna i umywalka – aerobic z elementami zumby, kafelki za wanną – o to już joga, względnie pilates.

Czynność siódma:
- odkurzanie. Czysta przyjemność, po szorowaniu łazienki. Tylko trzeba uważać na kasztany, orzechy, metalowe i szklane kulki oraz klocki, których nie wypatrzyło się podczas realizacji czynności powyżej. Matki synów pewnie wiedzą, o co chodzi. Amunicja wszelkiego rodzaju może bowiem zatkać rurę od odkurzacza i to dość dotkliwie. Z żadnej strony wtedy się nie da. I albo nowa rura, albo wieszakiem jakoś. Wiem, co mówię. Lojalnie przestrzegam. To jest niebezpieczne, zwłaszcza jak się meble odsuwa. Tam są składy tych wszystkich pocisków.

Czynność ósma:
- tak, wreszcie. Mopowanie. Czysty relaks, finezja, poezja, jak ozdabianie tortu. Ostatnie szlify. No chyba, że rozlali gdzieś klejaszczy sok, to wtedy trzeba przycisnąć. Ruch posuwisto-zagarniający – mój ulubiony. Kwintesencja.

Czynność dziewiąta:
- rozkładanie narzut, poduszek, krzeseł.

Dziewięć kroków do czystego królestwa domestic goddes, tego raju pachnącego porządku.

Wypuszczam Godzille. Znaczy same się wypuszczają.
To tylko jeden krok do bałaganu i stanu sprzed. Zaledwie w 5 minut.

I same powiedzcie, czy to ma sens? Ekonomia mówi sama za siebie. Właściwie nawet nie ekonomia, matematyka po prostu i wcale nie ta wyższa. 1 < 9. Miłego sprzątania, Zołzy!

PS. Po tym praniu będzie prasowanie. Ale to już inna historia.

czwartek, 1 listopada 2012

Piszę, piszę, piszę wciąż


Jest dużo pisania. Pisanie jest wszędzie. Notes albo klawiatura. I zbieranie myśli i pomysłów. Zaczyna się śnić. Czy mi wystarczy energii, żeby to wszystko napisać? I czasu – dziś na przykład plan nie wykonany. I tych pomysłów czy wystarczy? Takie dylematy mnie dopadły. Jednak znacznie przyjemniejsze niż ten, co włożyć do garnka bądź za co kupić zimowe obuwie. Przy święcie można mieć przyjemniejsze dylematy. Trochę luzu.

środa, 31 października 2012

Wózkowa Zołza prezentuje oszczędną listę


Matka Założycielka tworzy listę rzeczy, na których można oszczędzać, by zacząć listopad pomyślnie i zakończyć go odłożoną sumą. Suma ta następnie może być spożytkowana w grudniu, bo w grudniu dużo sum się pożytkuje. Nawet za dużo, gdyż potem w styczniu i lutym nie ma co pożytkować.
Lista jest taka:
- Zołza Założycielka oszczędza na sobie (niby ona nie w kategorii rzecz, ale podmiot i do tego myślący, ale już dla uproszczenia wrzucam się w rzeczy). Nie kupię sobie tych nowych kozaków na obcasie. Co z tego, że przecenione i z outletu, jednak trzy stówy, to trzy stówy. Sądzę, że są niepraktyczne i lepsze są te z zeszłego roku, co mam. Lekko podniszczone, ale tak nie żal, jak się podniszczą bardziej. A nowych zawsze bardziej żal, po co więc sobie takie przykre doświadczenia fundować.
- Nie pójdę do fryzjera (i tak zmieniłam na tańszego), włosy można zapuszczać.
- Na pazury też nie pójdę i do kosmetyczki – właściwie to ostatni raz byłam 3 lata temu, więc można uznać, że stale na tym oszczędzam.
- Nie kupię sobie tego lepszego kremu na twarz, tylko taki tańszy – droższe od tańszych różnią się tylko ceną, na co wskazują lata moich doświadczeń. Tak samo działają (albo nie działają).
- Muszę kupić sobie sweter, ale w outlecie w jednym sklepie były takie nawet po 20 zł – się wybierze jakiś znośny.
- Zołza Założycielka zaoszczędzi na mężu – niby potrzebuje chłop nowej kurtki, ale się mu wmówi, że w starej ma więcej klasy i taki jest bardziej „no..”. Buty jednak musi sobie kupić. Trudno.
- Zołza Założycielka zabroni dzieciom rosnąć pod groźbą, że jak urosną za bardzo, to Mikołaj nie przyjdzie. Powinno podziałać. Tym sposobem odłożę na realizacje ich postulatów, tych co bardziej realnych, oczywiście. Nakażę też skończyć z tymi pieluchami.
- Mniej sprzątania będzie, to mniej chemii pójdzie.
- Pozwolę na dzień dziecka co drugi dzień – mniej wody na kąpiele pójdzie i mniej mydła. Teraz to się przecież te dzieci i mąż tak nie brudzą.
- Weekendy trzeba będzie przeznaczyć na spotkania rodzinne. Wiadomo, że babcia nie da zginąć z głodu.
- Prąd – obiecuję wyłączać komputer, jak wychodzę z domu lub idę na dłużej do kuchni.
- Gaz – włączę ogrzewanie dopiero przy minus 10. Niech się hartują.
- Zakupy – dzienny limit na cztery osoby – 10 zł. Plus większe zakupy co tydzień. I dni bez wchodzenia do sklepów. I nie kupię słodyczy. Nie będę jadła czekoladowych wafelków i ograniczę kawę.
- I żadnych knajp, kawiarni, kina, pizzy i chinola.

Ciekawe, czy to się uda. Ja nie wiem, co ja tak naprawdę źle robię, że mi ciągle jednak nie do końca wychodzi. No się nie da odłożyć i już. Jakoś tak jest, że na początku miesiąca jest, a potem się po dwóch tygodniach kończy i do końca miesiąca jest tylko gorzej. I święte rady babci, żeby wydatki zostawiać na koniec miesiąca się nijak mają do rzeczywistości. No nijak, bo najwięcej i tak trzeba wydać na początku (najczęściej jeszcze za to, na co zabrakło w poprzednim miesiącu pod koniec).   

poniedziałek, 29 października 2012

Zołza Założycielka wyznaje, że wcale nie jest tak łatwo, ale że się udaje, choć z bólem głowy


Nie pisałam. Przez trzy dni jakoś. Przerwa – spowodowana siłą wyższą (nie chciało mi się jednak kabla z telefonem podpinać do komputera, za dużo zachodu, zwłaszcza, że dopadła mnie okrutna migrena), ale owocnie wykorzystana na przemeblowanie. W głowie, tej bolącej. I oto poniżej szczere zapiski Zołzy po przemeblowaniu.

Po pierwsze do Zołzy dotarło wreszcie, że pracuje. To, że nie na etacie, to nie ma znaczenia. Umowa to umowa, praca to praca. Trener na szkoleniu – praca, copywriter – praca, autorka tekstów na nowopowstający portal i pijarowiec tegoż – praca. Portal  www.niedoskonalamama.pl, pamiętacie i zaglądacie? Praca, praca, praca – nie za dużo płatna, ale praca. A do tej pory jakoś nie wierzyłam, tak bez przekonania zupełnie byłam, że to jednak praca. Nie dlatego, że pieniądze małe. Kokosy na drzewie zostały, w zasadzie na palmie nawet. W zeszłym roku zarabiałam nawet mniej i mówiłam, że pracuję. A teraz? Spadek wiary, że ja jeszcze coś potrafię i mogę, po tym, jak okazało się, że nie ma miejsca dla mnie na uczelni, wyraźnie odbił się na mojej samoocenie. Krótkie doświadczenie braku pracy wystarczyło. Wmawianie sobie, że będę teraz tylko z dziećmi było mydleniem sobie oczu. Nie zasłanianiem się, bo chciałam pracować. To było takie „nic się nie stało, tak miało być przecież, dzieci mam wymagające”. A w duchu ryk, że mi te zajęcia pozabierali, że z tej uczelni nic nie będzie i że „co ja teraz mam zrobić” Trzeba to szczerze przyznać – Zołza Założycielka zachęcała Was do działania, a sama nie wierzyła do końca, że coś jej się uda. A tu proszę – jest praca. I merchandising doktoratu – na bardziej eksponowana półkę.
Nie sądziłam, że krótkie doświadczenie bezrobocia może tak wpłynąć na psychikę, odebrać wiarę, że jeszcze ma się na coś wpływ, w ogóle odebrać wiarę i chęć. Do tego stopnia, że ta najważniejsza praca – z Godzillami – stała się utrapieniem. Do tego bezpłatnym kompletnie. OK, płatnym inaczej, dzioba sobie mogę pocałować za wytarcie tyłka, na przykład. Żadna satysfakcja.
Otóż satysfakcja i z tego powodu, bo praca-praca pozwoliła mi wreszcie inaczej spojrzeć na tę prace – za dzioba. I choć czas się skurczył, a noce wydłużyły, to teraz nawet te 15 minut zabawy jest rzeczywiście zabawą i przyjemnością, a nie najeżonym irytacją wyczekiwaniem, kiedy mi Godzilla odpuści te klocki. Nie mówiąc o tym, że przywiązanie do mopa zamienia się w przywiązanie do klawiatury. Hodowla kota domowego likwidowana jest tylko dwa razy na tydzień, a nie codziennie. I wystarcza. Do czego zmierzam? Do równowagi, która powraca wreszcie do życia. Do tego, że zaczynam mieć i pracę i satysfakcję i czas dla dzieci i męża, a nie mam czasu na frustrację. Tak, bywam zmęczona bardziej, miewam z tego powodu okropne migreny. Zniosłam z uśmiechem.
Powoli się udaje, ginekolog nie miał racji, nie jest to takie karkołomne. Trzeba tylko chcieć osiągnąć tę równowagę – siebie samej, pracy i dzieci. I wcale one nie są w tym najważniejsze. Uwierzcie.

czwartek, 25 października 2012

Zołza Założycielka i przygody z autorytetem


Zołza pokłóciła się z promotorem. W zasadzie dlatego, że poczuła się przez mentora opuszczona i postawiła sprawę brutalnie, kawę na ławę. W świecie zhierarchizowanych akademickich wartości normalnie kawa na ławę nie wjeżdża. Tylko przez bibułkę i w bawełnie. A Zołza prosto z mostu. Promotor osłupiał, następnie się zbulwersował, po czym zmienił front. Czyli Zołza zyskała pożądany efekt i promotor znowu poświęci jej więcej uwagi, by mogła przysiąść nad tezami. Jest szansa, że praca ruszy i tu. Przynajmniej będzie powód, by przełożyć książki na inną półkę. Kurze sobie powycieram.

Promotor z autorytetem zauważył w trakcie żarliwej wymiany zdań w stylu nieakademickim, iż zasłaniam się dziećmi. Byłam bliska czynów niedozwolonych (choć przez telefon mu nawtykałam, temu autorytetowi), bo się nigdy nie zasłaniałam dziećmi, tylko robiłam, co mi kazali, więc czasu na doktorat mi nie starczało już. A na konferencje z dnia na dzień nie pojadę, bo nikt z Godzillami nie chce zostać.

Na szczęście mam styczność z innymi autorytetami. Ginekolog, jakby nie było dr n. med., więc też ważny, mnie pocieszył.
- Ale Pani Agnieszko (ja mam tak na imię, jakby co) – pani się nie przejmuje. Pracy z dziećmi nie da się pogodzić, a pracy naukowej to już w ogóle. Wcześniej czy później to się rymsnie, chociaż wy kobiety jesteście silne… no ale to i tak waszym kosztem, nawet jak się nie rymsnie. No, ale czas działa na pani korzyść.
- Że się starzeję?
- No nie aż tak. Oj…to znaczy dzieci są coraz starsze, to łatwiej będzie. I się Pani obroni. Mówi Pani, że niedoskonalamama.pl – no zajrzę.

Nie ma to jak obcowanie z autorytetami. Krem sobie nałożę, pod oczy.

wtorek, 23 października 2012

Zołza Założycielka jutro zadebiutuje

Nie mogę codziennie pisać, bo się znudzicie za bardzo i czytelnictwo spadnie, co spowoduje, że moje porady, jak być aktywnym, mimo dzieci nie padną na podatny grunt i nie osiągnę celu, jaki przyświeca mojej bądź co bądź dodatkowej tu działalności, ale bezsprzecznie ważnej społecznie, bo jak już coś robić dodatkowo, to ważne, żeby to było w miarę ważne, prawda? A ważne jest, bo jako Matka Założycielka bardzo Was aktywizuję właśnie i zachęcam do pracy i jakby tak czuwam nad Wami. A poza tym, głowa mnie boli. Jutro premiera mojego tekstu na niedoskodolajej mamie! Przeczytacie, prawda? Zołzy...

http://www.facebook.com/#!/Niedoskonalamamacom?fref=ts

http://niedoskonalamama.pl/

To właśnie ten portal, który powstaje, właśnie ten i tam Was serdecznie zapraszam, tam ja jestem i inne wariatki.